/

Do Winnicy Jakubów na… rowerach

Ostatnie chwile majówki, jesteśmy w trasie już od pięciu dni, a w nogach mamy nieco ponad 200 km. Znajdą się tacy, dla których wspomniany dystans nie jest żadnym wyczynem. Dla nas natomiast to już niemało, bo na rowerach wieziemy ze sobą namioty, śpiwory i całą resztę sprzętu, a i tu i ówdzie jakieś butelki wina się kupiło. Po całym dniu pedałowania mijamy znak informujący, że wjeżdżamy na teren województwa dolnośląskiego. Jeszcze jakieś 10 km i dotrzemy na miejsce.

W Jakubowie wita nas mama Michała, która krząta się akurat na podwórku. Po chwili wychodzi on sam. Bez zbędnego przeciągania, bo słońce już zniknęło za horyzontem, a nam zależało na jako takich ujęciach, Pajdosz wsiada na swój rower i jedziemy kilkaset metrów przez Wzgórza Dałkowskie w stronę parceli założonej w 2002 roku. W każdej winnicy na trasie mówili, że zaniemówimy na widok działki Michała. Mamy więc niemałe oczekiwania względem tej sławnej parceli. Jeszcze kilkadziesiąt metrów leśną drogą i dojeżdżamy do ogrodzenia z siatki. Tuż za nim rozpościera się przepiękny pejzaż…

Pofałdowana parcela układa się w taki sposób, że Michał jest posiadaczem tak naprawdę dwóch południowych stoków na jednej działce. Winorośl dopiero wypuszcza pierwsze liście, ale widok i tak zapiera dech w piersiach. Gdyby ktoś pokazał mi zdjęcie tych nasadzeń, ani przez chwilę nie przyszłoby mi do głowy, że jesteśmy w Polsce. A jednak! Gospodarz prowadzi nas przez parcelę pokazując gdzie znajdują się najnowsze sadzonki, gdzie rozmieścił najbardziej wymagające i obiecujące vinifery, a w których miejscach działka jest nieco gorsza i powinny poradzić tam sobie hybrydy. Ponad 3 hektary owocujących krzewów to już sporo jak na polskie warunki, ale przecież z biegiem lat grona pojawią się na kolejnych, teraz jeszcze młodych szczepkach. Może za pięć lat wreszcie nie zabraknie wina z Jakubowa dla każdego chętnego, bo dziś Michał narzeka, że w maju praktycznie nie ma już czego sprzedawać.

Słońce zdążyło już schować się dawno za horyzontem, robimy kilka pamiątkowych zdjęć i wracamy do Jakubowa. Michał musi uciekać, spodziewał się nas nieco wcześniej (tak z resztą byliśmy umówieni), ale przyznaję, że tego dnia nasze zarządzaniem czasem nie było najlepsze. Żegnamy się z i umawiamy na nazajutrz, aby o poranku jeszcze porozmawiać i spotkać się w winiarni. Mama Michała przynosi nam świeżo upieczony chleb, sery z Malinowej Zagrody i masło ziołowe. Jesteśmy w siódmym niebie. Po niespełna tygodniu na kiełbasie z ogniska, kaszy z menażki czy innych daniach typowo biwakowych, dzisiejsza kolacja wydaje nam się prawdziwą ucztą. Popijamy to wszystko świeżutkim białym winem (podejrzewam, że hibernalem, choć ręki uciąć sobie nie dam) i kładziemy się spać.

***

Budzimy się późnym rankiem. W nocy kilka razy zrywa nas ze snu burza, która pastwi się nad Zieloną Górą, ale na szczęście do Jakubowa nie dociera. Około dziesiątej spotykamy się z Michałem w winiarni. Przypominają mi się wnętrza poznańskiej restauracji SPOT., gdzie widzieliśmy się tydzień wcześniej. Piękny wystrój, kwiaty na stołach, część gości ubrana nieco bardziej elegancko. Dzisiaj za to pełen luz. Z dala od miejskiego zgiełku, ubrani w spodenki i bluzki rowerowe, słuchamy naszego gospodarza, który opowiada o bardzo trudnym 2017 nabierając przy tym prosto z tanka efekty zeszłorocznego winobrania. Riesling jest mocno kwasowy, nieco zielonkawy. Dziś trudno ocenić co z niego wyniknie, ale niski alkohol, brak cukru i wysoka kwasowość nie napawają optymizmem. Michałowi chodzi po głowie wino musujące.

Kolejno próbujemy innych bieli z ubiegłego roku i niemal za każdym razem wracamy do tej samej konkluzji, to był ciężki rok, choć w Winnicy Jakubów udało się wybrnąć z niego całkiem dobrze. Wina mają wysoką kwasowość, dojrzałość owocu nie jest idealna, ale mimo wszystko w rok od zbiorów to, czego próbujemy jest naprawdę dobre. Na końcu sięgamy po czerwień z 2016 roku. Sporo czerwonych owoców i wprawne operowanie używaną dębową beczką to coś, czego już miałem okazję doświadczać w Jakubowych dornfelderach.

Przychodzi czas pożegnania. Wychodzimy z winiarni mozolnie dopinając sakwy na rowerach. Ciepły deszcz jest tym, czego właśnie potrzebowaliśmy. Dzięki niemu możemy porozmawiać jeszcze kilka chwil z Michałem. We wszystkim co mówi i czyni widać zdroworozsądkowe podejście. Wielokrotnie podkreśla, że wciąż znajduje się na początku winiarskiej drogi i musi się jeszcze wiele nauczyć. Otwartości na wiedzę i odwagi w eksperymentowaniu mu nie brak, co wcale nie jest takie oczywiste wśród polskich winiarzy. Za takich ludzi i takie przedsięwzięcia warto trzymać kciuki, ale przede wszystkim je wspierać. Co do jednego jestem przekonany, to właśnie oni stanowią siłę napędową polskiego winiarstwa!

Mikołaj Kaczmarek, italianizzatoblog.wordpress.com

Poprzedni wpis

Serce lubuskiego winiarstwa bije w Zaborze

Następny wpis

Słowenia. 100 milionów litrów wina...